Prawie jak informatyk











“Serwer to twór potężny i tajemniczy. Mówią, że przypomina wielkie blaszane pudło, pożera więcej prądu niż lodówka, grzeje mocniej od piecyka, a jego głos przypomina wycie wichru. To monstrum kryje się w mrocznych zakamarkach firmowej serwerowni, gdzie kapłani zwani adminami dokonują tajemniczych obrzędów i składają ofiary, dzięki którym słońce codziennie wstaje, a poczta dociera do naszych komputerów. Biada niewtajemniczonemu, który spróbowałby dotknąć serwera, gdyż z pewnością rozgniewa Mzimu, ściągając na siebie i swoich współużytkowników klęskę najgorszą ze wszystkich – brak dostępu do Sieci.”

Tak brzmi początek artykułu opisujący jakiś mały serwerek. Nigdy tak nie patrzyłam na serwer. To przecież najczęściej takie miłe maszyny, najczęściej śliczne, kolorowe i rewelacyjnie wykonane. I dobrze wyglądają gdy tak stoją w szafie jeden pod drugim. Aż mruczą z poczucia mocy, lub piszczą głośno gdy coś im nie pasuje.  Może nie odwiedzam ich fizycznie zbyt często, ale rozmawiam z nimi na odległość.  Dużo więcej mogą niż inne komputery, ale to sprawa ich mocy. Niektóre stoją na straży danych, i wpuszczają do świątyni tylko tych co znają tajne hasła, inne ciężko pracują trzymając wszystkie dane. A są też takie jak zapomniani bogowie. Kiedyś wszechpotężny serwer Novella  wymagał od każdego powitania na początku dnia. Był panem każdego pliku i każdego programu. A teraz? Zostało jeszcze kilku wyznawców, lecz coraz mniej ich.  Kurzy sie w mrocznej głębi i jest potrzebny do starych danych księgowych. Może kiedyś przejdzie na moją własność? Umiała bym się o niego zatroszczyć:) Jakiś Free BSD i miałby drugą młodość na przykład jako silnik robota sieciowego.



itd.